Kiedy oprogramowanie dedykowane ma sens, a kiedy jest przerostem formy
Krótka odpowiedź: dedykowane ma sens, gdy proces jest powtarzalny, kosztowny w obejściu i jest Waszą przewagą. Jeśli któregoś z tych trzech brakuje — gotowe narzędzie będzie tańsze i szybsze. Poniżej cztery progi, po których to rozpoznajemy, i przykłady, kiedy sami odradzaliśmy.
Cztery progi
Próg 1: powtarzalność
Ile razy w tygodniu ktoś w firmie wykonuje tę samą sekwencję ruchów? Jeśli odpowiedź brzmi „raz albo dwa”, budowa się nie zwróci, choćby czynność była irytująca. Jeśli brzmi „codziennie, kilkanaście razy”, warto policzyć.
W jednym z naszych wdrożeń obsługa jednej reklamacji zajmowała około czterech godzin — bo pracownik musiał przejść przez skrzynkę, panel sklepu, historię wysyłek i ustalić, co właściwie się stało. Po zbudowaniu jednego widoku, który zbiera to razem, ta sama sprawa zajmuje 15 minut. Działający system powstał w 27 dni.
Próg 2: koszt obejścia
Każda firma, która nie ma własnego systemu, ma zamiast tego obejście: arkusz, którego nikt nie rusza poza jedną osobą; ręczne przepisywanie między dwoma narzędziami; ustalenie, że „Kasia to wie”. Obejście też kosztuje — tylko rachunek nie przychodzi mailem.
Policzcie godziny. Jeśli obejście zjada etat, rozmowa o budowie jest rozmową o pieniądzach, a nie o technologii.
Próg 3: liczba narzędzi do zszycia
Trzy narzędzia, które się nie znają, to jeszcze nie problem. Pięć to już codzienne przeklejanie. Powyżej — nikt w firmie nie ma pełnego obrazu, bo obraz jest rozbity na pięć ekranów.
Przy jednym z systemów akwizycji, który zbudowaliśmy dla siebie, alternatywą było utrzymywanie osobnego narzędzia do wysyłki, osobnego do bazy kontaktów i osobnego do śledzenia, co z tego wyszło. Zamiast tego jest jedna baza i jeden przepływ — i to nie jest wygoda, tylko warunek, żeby ktokolwiek wiedział, na czym stoi.
Próg 4: czyja jest baza klientów
To jest próg, który przesądza najczęściej i najrzadziej pada w rozmowie. Jeśli klient trafia do Was przez cudzą platformę, to jego kontakt należy do tej platformy. Płacicie prowizję za dostęp do własnego klienta.
W systemach rezerwacji, które budujemy, klient rezerwuje i płaci u właściciela obiektu — bez prowizji pośrednika, a kontakt zostaje po stronie właściciela. Jeden z takich systemów obsługuje osiem języków, a strona ładuje się w 0,36 sekundy zamiast poprzednich 1,16.
Kiedy odradzamy
To jest sekcja, której nie znajdziecie w tekstach firm, które takie systemy sprzedają. Piszemy ją, bo źle dobrany projekt kosztuje obie strony — nas reputację, Was pieniądze.
- Gdy proces jeszcze się nie ustabilizował. Jeśli za pół roku ma wyglądać inaczej, budowanie go w kodzie to utrwalanie czegoś, co i tak się zmieni. Najpierw arkusz, potem system.
- Gdy problem dotyczy jednej osoby. Systemy opłacają się tam, gdzie z tego samego korzysta zespół albo klienci.
- Gdy gotowe narzędzie robi 90% i brakuje jednej rzeczy. Sprawdźcie najpierw, czy tej jednej rzeczy nie da się dołożyć obok — czasem to kilka dni pracy zamiast kilku miesięcy.
- Gdy w firmie nie ma nikogo, kto to poprowadzi. System bez gospodarza po stronie klienta obumiera w rok, niezależnie od jakości wykonania.
Najczęstszy przypadek, w którym odradzamy: firma chce zastąpić narzędzie, które działa, bo „jest brzydkie”. Brzydota nie jest problemem biznesowym. Prowizja, cztery godziny na sprawę i dane, do których nie macie dostępu — są.
Czego nie kupujecie, kupując system dedykowany
Nie kupujecie tego, że będzie taniej. W pierwszym roku prawie nigdy nie jest — gotowe narzędzie z abonamentem ma niższy próg wejścia i to jest jego uczciwa przewaga.
Kupujecie trzy inne rzeczy: proces dopasowany do tego, jak naprawdę pracujecie, zamiast odwrotnie; dane i kod, które są Wasze; oraz brak rachunku rosnącego z liczbą użytkowników. Czy to jest warte różnicy — zależy od tego, jak wypadły cztery progi powyżej.
Dwa przykłady, w których progi wypadły odwrotnie
Przypadek, w którym budowa miała sens
Sklep internetowy z kilkoma tysiącami pozycji w katalogu. Reklamacje spływały na trzy różne skrzynki, historia wysyłek była w panelu przewoźnika, a informacja o tym, co klient dostał, w panelu sklepu. Pracownik przy każdej sprawie odtwarzał tę układankę od nowa.
Wszystkie cztery progi wypadły na „tak”: kilkanaście spraw dziennie, obejście zjadające realne godziny, cztery narzędzia do zszycia i dane o kliencie rozrzucone tak, że nikt nie miał pełnego obrazu. Efekt po zbudowaniu: cztery godziny na sprawę spadły do piętnastu minut.
Przypadek, w którym odradziliśmy
Firma usługowa chciała własny system do wystawiania ofert, bo w używanym narzędziu „oferty wyglądają brzydko i nie da się wstawić logo tam, gdzie trzeba”. Ofert wychodziło kilka tygodniowo, robiła je jedna osoba, wszystko działo się w jednym narzędziu.
Trzy progi na „nie”, jeden na „tak” — i ten jeden dotyczył wyglądu. Zaproponowaliśmy poprawienie szablonu w narzędziu, które już mieli. Zajęło to dzień. Budowa własnego systemu ofertowania byłaby kilkumiesięcznym projektem rozwiązującym problem estetyczny.
Nie straciliśmy na tym zlecenia — ta sama firma wróciła rok później z czymś, co progi przechodziło. To jest cała ekonomia mówienia „nie” w odpowiednim momencie.
Trzy pytania, które zadajemy w pierwszej rozmowie
- Co się stanie, jeśli nic nie zrobicie przez rok? Jeśli odpowiedź brzmi „nic strasznego”, to nie jest projekt na teraz. Jeśli brzmi „nie damy rady obsłużyć wzrostu” — jest.
- Kto w firmie będzie tego właścicielem? Nie kto zapłaci, tylko kto codziennie powie, czy to działa dobrze. Bez tej osoby system po roku staje się kolejnym narzędziem, którego nikt nie lubi.
- Co już próbowaliście? Odpowiedź „nic” jest ostrzeżeniem. Firmy, które naprawdę mają ten problem, zwykle mają za sobą przynajmniej jedno obejście i potrafią powiedzieć, dlaczego nie wystarczyło.
Te trzy pytania odsiewają więcej niż jakakolwiek analiza techniczna. Odpowiedzi na nie zna właściciel firmy, a nie dostawca oprogramowania — i dlatego to Wy, a nie my, jesteście w stanie rozstrzygnąć tę sprawę.
Co znaczy „przerost formy” w praktyce
Przerost nie polega na tym, że system jest za duży. Polega na tym, że rozwiązuje problem, którego firma jeszcze nie ma — albo ma go w skali, która nie uzasadnia budowy.
Typowe objawy: panel administracyjny z dwudziestoma ekranami, z których używa się trzech. Uprawnienia dla ról, których w firmie nie ma. Raporty, do których nikt nie zagląda. Każda z tych rzeczy kosztowała czas przy budowie i kosztuje przy każdej późniejszej zmianie.
Lekarstwo jest proste i nudne: zbudować to, co jest potrzebne w pierwszym miesiącu, i dołożyć resztę wtedy, gdy okaże się potrzebna. Systemy, które budujemy, wchodzą do użytku po kilku tygodniach właśnie dlatego, że pierwsza wersja robi jedną rzecz porządnie.
Jak to sprawdzić bez rozmowy z kimkolwiek
Weźcie jeden proces, który Was uwiera. Zmierzcie przez tydzień: ile razy się wydarzył, ile minut zajął, ile osób dotknął i w ilu narzędziach się odbywał. Cztery liczby.
Jeśli po tygodniu wychodzi kilkanaście powtórzeń, kilka narzędzi i realne godziny — macie odpowiedź i macie ją policzoną, a nie wyczutą. Jeśli wychodzi „dwa razy, w jednym arkuszu, w pięć minut” — też macie odpowiedź.